
Jeżeli nie macie pomysłu na prezent na Walentynki, weźcie przykład z Rozalii i Stefana. Podarowali sobie najlepszy z możliwych prezentów – wspólny czas i wspomnienia. Ta sesja była wyjątkowa, bo wykonana dokładnie 14. Lutego. W dodatku pojechaliśmy w rodzinne strony Stefana i odwiedziliśmy miejsce, do którego chodził w dzieciństwie. Mówiłam Wam już, że lubię takie nawiązanie do bliskich Wam miejsc? 😉
W razie gdyby tego było za mało, to mieliśmy akurat sam szczyt zimy, a zdjęcia wykonaliśmy na środku zamarzniętego jeziora. Jak niesamowite to jest? Dla mnie bardzo!
Pamiętam doskonale ten dzień – było mroźnie i moi modele wspomagali się herbatą z termosu, aby nie zmarznąć za bardzo. Poza tym postawiliśmy na maksymalnie naturalne kadry – Rozalia i Stefan spacerowali po jeziorze za rękę, wozili się na sankach, pili herbatę i rzucali śnieżkami. Było w tym tak wiele spontaniczności i tak mało pozowania. Wyszło idealnie – nie mogłabym wyreżyserować ich piękniej, niż sami wyszli naturalnie!
Pamiętam jak po otrzymaniu zdjęć Rozalia zachwyciła się właśnie naturalnością tych kadrów. Napisała mi, że te zdjęcia zrobione z zaskoczenia są warte najwięcej, bo stanowią najcenniejszą pamiątkę na przyszłość. Cieszę się, że trafiłam na kogoś, kto myśli tak samo jak ja. 😉
Po opracowaniu galerii w głowie miałam tylko jeden cytat: „To co możesz zobaczyć w moich portretach, to że nie bałam się zakochać w tych osobach” – Annie Leibovitz. I chociaż nigdy nie odważyłabym się równać do autorki cytatu to myślę, że tutaj tak właśnie było. Oczywiście po sesji czekał na mnie mąż (wtedy jeszcze narzeczony), aby wspólnie świętować ten dzień, ale gdybym wtedy miała wymarzyć sobie idealną sesję w Walentynki, to wyglądałaby dokładnie tak samo. <3




































